Macierzyństwo… czego mnie nauczyło?

Macierzyństwo, to jedna z trudniejszych lekcji, jaką możemy otrzymać od życia. Na tą lekcję nie da się przygotować odpowiednio wcześniej, nawet jak myślisz, że już wszystko wiesz, to i tak macierzyństwo Cię zaskoczy! I to bardzo! Więc nie spinaj się nie potrzebnie, że coś jest inaczej niż opowiadały Ci koleżanki, tylko czerp wiedzę z własnej lekcji macierzyństwa… bo wiedz, że jest ona wyjątkowa, niepowtarzalna i dla każdego inna.

Moje macierzyństwo wciąż mnie zaskakuje, nauczyłam się już przez ten okres bardzo wiele przydatnych rzeczy, takich jak >>tutaj<<, ale też nauczyłam się:

#Pić.

O tak, dzięki macierzyństwu zaczęłam PIĆ i to dużo! Zaczęłam już od momentu kiedy dowiedziałam się o pierwszej ciąży. Wcześniej nie piłam WODY praktycznie w ogóle. Raczej były to jakieś soki czy napoje gazowane. Woda była dla mnie bez smaku i po prostu nie byłam jej wstanie pić. Ale w ciąży wszystko się zmieniło. Woda stała się moim głównym napojem i wciąż nim jest. Tak jak kiedyś po prostu jej nie lubiłam, tak teraz ją uwielbiam. Dzięki niej stan mojej skóry znacznie się poprawił, już nie boli mnie tak często głowa jak kiedyś, a jak tylko zaczyna, to za nim sięgnę po tabletkę, wypijam dwie szklanki wody i zazwyczaj mi wtedy przechodzi.

#Chodzić.

Po porodzie, moim głównym sposobem na chwilę ciszy i relaksu, był spacer. Ponieważ moje dziecko, zarówno pierwsze jak i drugie, za każdym razem jak wychodziliśmy na spacer, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zasypiało na jakieś dwie godziny w wózku, tak więc spacerowaliśmy, bez pośpiechu, bez żadnego konkretnego celu, tak po prostu. I tak mi to spacerowanie się spodobało, że teraz jak jadę do pracy, to zamiast wsiąść  w autobus i podjechać 4 przystanki, idę około 20 minut spacerkiem na tramwaj, za każdym razem, nawet po pracy, bo taki spacer zawsze mnie wycisza przed powrotem do domu, mam wtedy czas pozbierać wszystkie swoje myśli do kupy, a dodatkowo jest to jakaś forma ruchu, a ruch to zdrowie, prawda? ;)

#Że zawsze trzeba jakoś wyglądać.

Kiedy wróciłam ze szpitala do domu z pierwszym dzieckiem, raczej mało mnie interesowało to jak wyglądam w domu, a zazwyczaj wyglądałam jak „lump domowy”. Wiecie, stary wyciągnięty dres, brudna koszulka  (obrzygana przez dziecko, jak mu się odbiło), tłuste włosy….itd. Dopiero jak wychodziliśmy z domu, to się w miarę ogarniałam, żeby jakoś wyglądać. Czy się z tym dobrze czułam? Oczywiście, że NIE! Odbicie w lustrze mnie straszyło, zastanawiałam się co to za fleja patrzy na mnie prosto z lustra… I jak tylko trochę przyzwyczaiłam się do zmian, które zaszły w moim życiu, zaczęłam o siebie dbać. Zaczęłam ćwiczyć, organizować czas tylko dla siebie, dbać o włosy, cerę, dres został (ale rzadziej w nim chodziłam), koszulki były czyste, moja ulubiona rozciągnięta bluza, która odstraszała każdego na sam jej widok, została po kryjomu wyrzucona przez mojego lubego i zastąpiona nową. A teraz, kiedy moje dzieci już są większe, to opcja „lump domowy” w ogóle nie wchodzi w grę, bo one widzą mnie i nie chcę, żeby mnie kojarzyły jako zaniedbaną mamę, ale jako ładną mamę. Tak więc, jak mam wolne i jestem w domu, chodzę wygodnie ubrana, bez makijażu (bo po co), ale schludnie. A mój syn bardzo często mi mówi, że ładnie wyglądam. I to cieszy, bardzo!

#Że są rzeczy do wszystkiego.

Chyba każda mama odkryła, że chusteczki nawilżające dla dzieci, nie służą tylko do wycierania pupy dziecka czy jego rączek. One służą do wszystkiego! Przetrzesz nimi stół, meble z kurzu, wyczyścisz buty, umyjesz rower, telewizor, najlepsze do czyszczenia smartfona, możesz nimi nawet przetrzeć stopy w upalne dni i ściągnąć buty bez obaw, że ludzie padną „trupem”. Są niezawodne! Nie wiem jak ja wcześniej bez nich funkcjonowałam :)

#Że człowiek nie musi spać.

Noworodki jedzą często, więc jako karmiąca mama, często musiałam wstawać w nocy, praktycznie spałam może z 4 godziny dziennie, a w ciągu dnia, kiedy dziecię spało, prałam, gotowałam i sprzątałam… i jakoś dawałam radę. Sen zszedł na drugi plan, nie było na niego czasu, trzeba było wszystko ogarnąć, a póki wszystko ogarniałam, było dobrze…

#Że człowiek jednak musi spać.

„… a póki wszystko ogarniałam, było dobrze…” BZDURA! Co z tego, że potrafiłam prawie nie spać, a później jeszcze ogarnąć cały dom, skoro to przez brak snu, nie chciało mi się umyć głowy, ubrać w czyste ubranie, czy choćby uśmiechnąć! Taką nockę można zarwać raz na jakiś czas, a nie codziennie, a jak już nockę zarwiesz, to kiedy dziecię śpi, Ty też możesz się przespać, odpocząć, zregenerować. Człowiek potrzebuje snu, bez niego idzie zwariować… dosłownie. Ja, kiedy tak mało sypiałam, byłam strasznie nerwowa, byle drobiazg powodował u mnie nerwy, krzyki, miałam wszystkiego dość, a wszystko dlatego, że byłam zmęczona i chciało mi się spać. Dlatego przy drugim dziecku, nie popełniłam już tego samego błędu, spałam kiedy tylko mogłam, na szczęście Eryka czasem brali do siebie dziadkowie, więc kiedy Lilka spała, ja też spałam jeżeli tego potrzebowałam.

Nauczyłam się, że czasem warto odpuścić, że nie wszystko musi być zrobione w domu na JUŻ, że jak jestem wyspana (choć trochę), to lepiej się czuje, a co za tym idzie, lepiej wyglądam i przede wszystkim jestem o wiele fajniejszą mamą :)

A Wy czego się nauczyłyście?